Jestem człowiekiem starej daty. Tak, pamiętam czasy sprzed Apokalipsy. Na rok przed jej początkiem otworzyłem – żółtodziób pełny wiary w amerykański sen – własny gabinet. Przychodzili do mnie ludzie wyrzucać z siebie swoje żale, lęki i fobie. Byłem psychoterapeutą, miałem ich wyleczyć. Lekarz ducha – można powiedzieć. Dzisiaj już nie ma takich jak ja. Są kaznodzieje, szamani – oni przejęli nasze obowiązki. Oni dziś służą duchowym wsparciem i radą, psycholog stracił rację bytu. Ten zawód to wytwór bogatych społeczeństw, a Zasrane Stany jeszcze przez lata nie będą tak bogate, jak wtedy.
Na terapię przychodzili do mnie różni ludzie. Większość z nich miała kłopoty w pracy, kłopoty z rodziną, czasem z miłością. Wiesz, jakie to śmieszne, gdy przychodzi do ciebie obrzydliwie bogaty prezes jakiejś korporacji i usprawiedliwia się ze zdrady żony? Albo gdy młoda kobieta, odrzucona przez mężczyznę, boi się samotnej śmierci? Na początku angażujesz się w te problemy, później stają się rutyną. I tak mnie nawiedzali ci ludzie, ze swoimi często śmiesznie małymi problemami. Ja zachowywałem dystans, a oni ufali mi jak nikomu. Mijały miesiące, a ja wciąż nie wychodziłem z zdumienia, jakie dziwne problemy potrafią sobie wymyślać ludzie, by zaburzyć swoje szczęście. Bo wiesz, oni wszyscy byli tak naprawdę szczęśliwi. Sami się oszukiwali, nie wiem dlaczego. Byli szczęśliwi, mieli wszystko, ale każdy, nawet najmniejszy problem wyolbrzymiali do granic śmieszności.
Później przyszła Apokalipsa i wszyscy, czasem w ostatniej sekundzie życia, uświadomili sobie, co właśnie tracą. A nędzny odsetek ludzi, którzy przeżyli, musiał żyć dalej. Nie było łatwo. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to nieszczęście zobaczyć miasto, które kochałeś, w którym żyła cała twoja rodzina i wszyscy przyjaciele, zniszczone doszczętnie i spowite ciemnymi chmurami toksycznych gazów i Bóg wie jakich wirusów. Jednak, jak mawiał Nietzsche - co cię nie zabije, to cię wzmocni. Przetrwaliśmy, by dać szansę nowym pokoleniom. O świecie sprzed Apokalipsy każdy chce zapomnieć. Trzeba myśleć o przyszłości.
Trzy dekady po Apokalipsie znalazłem sobie miejsce w Denver. Pewnie zastanawiasz się, komu jest w tym mieście potrzebny ktoś taki jak ja. Też postawiłem sobie kiedyś to pytanie. Joel Derren, mój dobry przyjaciel, który namówił mnie do przyjazdu tutaj, milczał wtedy jak kamień. Przyjechałem, rozpowiedziałem o swojej obecności i czekałem na jakikolwiek odzew. Byłem chyba najbardziej zaskoczonym, ale i najbardziej szczęśliwym gościem w Denver, gdy kilka dni później zawitał do mnie cały oddział żołnierzy. Umówiłem się z każdym na odpowiednią godzinę, tak jak miałem w zwyczaju jeszcze przed Apokalipsą, i zacząłem robić to co umiem robić najlepiej – słuchać.
Powoli poznawałem przerażającą prawdę. Oprócz wszystkich niebezpieczeństw – że tak powiem – militarnych, front pod Denver kryje w sobie dodatkowe zagrożenie. Żołnierze nazwali to Cieniami Wojny. Nie wiem jeszcze na czym to dokładnie polega, właśnie staram się to rozgryźć. Znam jedynie objawy tej choroby. Chociaż jeden Bóg wie, czy to choroba, czy nie coś innego.
Cienie Wojny dotykają całych oddziałów, bez względu na ich pochodzenie, średnią wieku czy jakiekolwiek inne kryterium. Po prostu raz na jakiś czas atakują jeden oddział. I żeby nie było nieporozumień – nie jest to atak fizyczny. To zespół specyficznych omamów i iluzji dręczących żołnierzy. Najpierw cały oddział traci orientację w terenie. Cienie Wojny przychodzą w nocy, więc nietrudno stracić kontakt z resztą wojska. Gdy oddział jest zagubiony i zdezorientowany, nadchodzi wróg. I gdyby to były maszyny Molocha, albo chociaż prozaiczne mutki! Nie, nieprzyjaciel jest dużo bardziej niezwykły. Powiem może tak – nie jest z naszych czasów.
Słyszałem już rożne relacje. Zdarzało się, że wrogowie wyglądali jak żywcem przeniesieni z Wietnamu, inni byli podobni do żołnierzy koreańskich. Spektrum, z jakiego czerpie ta przypadłość, jest równie rozległe, co amerykańskie konflikty zbrojne. Zdarzały się irackie wojska Husajna, bywały niemieckie wojska z I i II wojny światowej. Jeden z żołnierzy złożył całkowicie wiarygodną relację, o walce z armią Południa podczas wojny secesyjnej. Aby pojąć niesamowitość tej sytuacji, musiałbyś zobaczyć twarze tych ludzi. Na co dzień – chłopcy, mężczyźni, twardziele. Po doznaniu Cieni - wszyscy z rozbieganym wzrokiem, trzęsącymi się rękoma. Wiesz, wielu przysięgało, że to się dzieje naprawdę, że tam, na Froncie przestają się bić z Molochem, a zaczynają grać w historię. Zapewniali mnie o tym, że zmieniał im się strój, akcent, broń, ekwipunek, dosłownie wszystko. Kalka z przeszłości. Musieli zabijać by nie zginąć.
Na początku ich lekceważyłem. Przeżyłem przecież Apokalipsę – widziałem już wszystko. Lata walki z Molochem, mutkami i ludźmi nauczyły mnie racjonalnego, trzeźwego myślenia. Nie raz, niczym Kartezjusz odrzucałem doznania zmysłów, przerywałem iluzje czy narkotykowe wizje. Nie miałem wątpliwości, że to jedynie działanie jakiejś pochodnej Tornada, podstępnie puszczanej przez Molocha dla zabawy, czy dla jakiś doświadczeń. Wkrótce jednak mój pogląd uległ zmianie. Zrozumiałem, że to nie są żarty. Gdy zaginął oddział, a Moloch jakby na chwilę przystopował, rozpoczęto poszukiwania. Kilka oddziałów przeczesywało linię frontu. Jeden z nich znalazł zaginionych i zameldował o tym dowódcom przez radio. Niestety wkrótce i z nim stracono łączność. Wysłano wszystkie oddziały. W miejscu, skąd wysyłano ostatni meldunek, znaleziono kilku rannych. Natychmiast zostali przewiezieni do Gildii Medyków. Byłem z Joelem przy leczeniu trzech najciężej rannych. W półprzytomnych majakach mówili o II Wojnie Światowej. Wszyscy, razem ze mną, zrzucali to na karb ran i środków znieczulających. Medycy wyciągnęli kule z ich ran, sprawdził je Joel. Nie było wątpliwości – każdy z nich nie dość, że mógł być używany podczas amerykańskich walk w Europie, to jeszcze miał faktycznie ponad sto lat!
Od tego wydarzenia minął tydzień. Zajmuję się opieką wszystkich rannych. Z każdym mam spotkania prawie codziennie. Poznaję ich opowieści o tym, jak zza okopów usłyszeli niemiecki język. Jeden z nich przyznał mi się do niemieckiego pochodzenia. Cały czas powtarza, że zabijał własnych przodków. Wszyscy ranni są pewni jednego – cała wizja trwała bardzo długo. Przysięgają, że spędzili przynajmniej tydzień na tej historycznej wycieczce. Zaprzyjaźniali się z całym oddziałem, żyli z nim, żartowali. A później kolejne starcia, kolejni ranni i zabici. Wszystko działo się dość szybko, jeden z rannych użył nawet określenia „wojna w pigułce”. Wiedzą też, że ci z ich przyjaciół, którzy zginęli w przeszłości, w czasie trwania wizji, nie żyją również teraz. Wielu chciało w ten sposób przerwać Cienie Wojny, ale jak się okazało, nie był to najszczęśliwszy pomysł.
Ciężko mi wyciągać wnioski z tych wydarzeń. Nadal czekam na ich rozwinięcie i doniesienia od innych oddziałów walczących na Froncie. Żołnierzy, którzy przeżyli Cienie Wojny jest jednak już dość dużo, by uznać to zjawisko za realne, niemal masowe. Jeśli za wydarzenia odpowiedzialny jest Moloch, nie mam pojęcia dlaczego to robi. Może gra w jakąś szaleńczą, historyczną grę wirtualnej rzeczywistości, tyle że osadzoną w Denver naszych czasów? A może testuje właśnie jakiś środek, jeszcze skuteczniej niszczący ludzkość niż Tornado, który ma w snach zabijać wszystkich śmiałków chcących mu zagrozić? A może Cienie Wojny to po prostu wybryk Natury, mszczącej się na ludzkości za wydanie na świat Molocha i za cały ten radioaktywny burdel? Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem tylko jedno, nadal zamierzam pomagać tym ludziom, a przy okazji będę próbował rozwikłać zagadkę Cieni Wojny. Może ty spróbujesz mi pomóc?
Jestem John Jr Treshook. Możesz mnie nazwać kaznodzieją, spowiednikiem, nawet szamanem. A ja jestem po prostu psychoterapeutą. Opowiedz mi o swoich problemach, a pomogę ci. Pomaganie ludziom to moja praca.

\m/
A ten tekst wyjątkowo mnie zaciekawił. Niby nie bardzo pasuje do świata Neuromachii gdzie wszystko musi mieć jakieś pseudonaukowe wytłumaczenie, ale można z tej opowieści przy jasnym pełnym wyciągnąć kilka ciekawych pomysłów. Dla przykładu halucynogenne opary wynalezione przez Molocha, które powodują u ludzi wizje. Pasuje czy nie, na pewno jest to świetny temat na książkę.
bardzo fajny tekst, kula
bardzo fajny tekst, kula sprzed lat jak z 12 małp, ale to nie zarzut, świetny motyw, świetnie wykorzystany. Dobrze było by to rozwinąć, troche niepotrzebny ten ostatni akapit, który byłby dobry jak wstep (albo nawet zakończenie), ale jakiegoś innego tekstu, może opowiadania, ale o tym lekarzu a nie o chorobie. Wiem, że akapit jest fajny i aż szkoda go nie wykorzystać, ale lepiej gdzie indziej. Mi trochę popsół całość.
I zdecydowanie nie uważam, ze w NS wszystko musi byc wyjasnione scisłymi faktami, danymi i obliczeniami. NS na szczęscie to świat w którym jest równiez miejsce na niewyjśnione, często paranormalne zjawiska. Oczywiscie nie za często, wtedy naprawde są smaczkami.
PS: Bartosh, chodziło ci pewnie o Neuroshimę, a nie Neuromachię ;)
Dodaj nową odpowiedź